Nawigacja
Konna Grupa Rekonstrukcji Historycznych "KRESY" (K-GRH KRESY)
Strona Główna
O nas
Szwadron Korpusu Ochrony Pogranicza "Olkieniki"
4 Pułk Strzelców Konnych Księstwa Warszawskiego
Forum
Linki
Kontakt
Szukaj

10 Pułk Ułanów Litewskich (10 PUL)
Historia
Sztandar
Barwy pułku
Odznaka pułkowa
Marsz pułkowy
Święto Pułkowe
Galeria
Źródła i materiały historyczne
Teki Andrzeja Siegieńczuka
Współczesne tradycje pułkowe
Anegdoty
Żurawiejki

Aktualnie online
Gości online: 2

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 134
Najnowszy użytkownik: ewa
Czołgów było tyle, ile zniszczyliśmy...
Napisane przez admin dnia grudzień 16 2012 23:32:28
Czołgów było tyle, ile zniszczyliśmy...

opis
opis
opis ...
Przewrotność historii spowodowała, że pewien wrześniowy mit przedstawia narodową broń Polaków – kawalerię, źródło naszej dumy, jako symbol zacofania przedwojennego Wojska Polskiego. Od ponad pół wieku słyszy się o szarżach polskich kawalerzystów na niemieckie czołgi w Wojnie Obronnej 1939 r. Hitlerowska propaganda chciała udowodnić w ten sposób bezsens polskiego oporu, archaiczność polskiej armii i wielką przewagę techniczną Niemiec. To, co dla jednych jest dowodem miłości Ojczyzny i bezprzykładnego heroizmu, dla innych jest przejawem bezmyślnego zaślepienia i braku kompetencji. Dlatego tak ważne jest, aby dla młodego pokolenia, obraz szaleńczych ataków na pancerne jednostki wroga należał już do zatartych stereotypów. Dziś nie musimy udowadniać, że Polacy w 1939 r. stawiali o wiele bardziej skuteczniejszy opór, niż rok później, teoretycznie o wiele lepiej przygotowane do wojny, połączone armie Francji i Wielkiej Brytanii. Jednak wciąż musimy walczyć z przekonaniem o straceńczych szarżach tak głęboko zakorzenionych w świadomości zbiorowej narodu.
Obraz kawalerzysty rąbiącego szablą po lufie niemieckiego czołgu został utrwalony bardziej niż kiedykolwiek poprzez film „Lotna” Andrzeja Wajdy z 1959 r. Stał się obrazem wyszydzającym tradycje narodowe. Sam reżyser stwierdził, że ten film jest najgorszy w jego dorobku i chętnie nakręciłby go jeszcze raz. Oczywiście symbolika tego filmu powinna być dość wyraźna: biały koń – niepodległość Polski, scena szarży, to koniec pewnej epoki. Autor filmu nie miał zamiaru ośmieszać bohaterów wrześniowych. Jego ojciec, zawodowy oficer piechoty brał udział w wojnie 1939 r., następnie zginął w Charkowie. Niestety Andrzej Wajda przeniósł obraz szarży ułańskiej na czołgi do świadomości kolejnych pokoleń tak wyraźnie, że nawet obecnie nikomu nie przeszkadza, że w tym celu absurdalnie wydłużono lufę niemieckiego czołgu, podczas, gdy większość ówczesnych niemieckich maszyn tego typu była uzbrojona w 2 karabiny maszynowe zamiast działa większego kalibru.
Polscy dowódcy po doświadczeniach wojny polsko-bolszewickiej dobrze wiedzieli, że wojna pozycyjna to przeszłość. Istotą każdej następnej wojny będzie ruch, zdolność szybkiego przemieszczania się. Przygotowywali armię do wojny manewrowej, w której mobilne i dobrze wyposażone jednostki kawalerii stanowiły cenne walory bojowe. Polscy kawalerzyści po dotarciu na pole walki, zsiadali z koni i do boju ruszali tak, jak piechota. Szarżowali tam, gdzie miało to sens – na tabory, na uciekającego przeciwnika. Nie atakowali niemieckich czołgów i innych wozów pancernych. Niszczyli je ogniem z dział i karabinów przeciwpancernych.
Znane nam pamiętniki i dzienniki bojowe 10 Pułku Ułanów Litewskich z 1939 r. na szczęście o żadnych szarżach nie wspominają. Byli oficerowie naszego pułku skupieni po wojnie w środowisku londyńskim w swoich wypowiedziach również negowali zasadność ataków w szyku konnym w jakimkolwiek rozwiązaniu taktycznym z udziałem kawalerii. Najdłużej służący w pułku z oficerów mjr Konstanty Kalinowski pisząc o wyszkoleniu Dziesiątaków odniósł się do współcześnie funkcjonującym stereotypów o przedwojennych formacjach jezdnych: Wyobrażenie sobie, że kawaleria ćwiczyła tylko musztrę konną polową, nawet szarże konne – jest zupełnie fałszywe. Szarż konnych w latach 1930-tych prawie nie ćwiczono, co do zaś musztry konnej polowej, to ćwiczono ją w bardzo ograniczonym zakresie i o tyle tylko, by nauczyć niższych dowódców i szeregowych szyków luźnych w terenie, koniecznych do poruszania się pod ogniem nieprzyjaciela tak broni ręcznej czy maszynowej, jak i jego artylerii, rozpraszania się zorganizowanego pod bombardowaniem lotniczym, wreszcie w marszach na przełaj i w gotowości do walki w każdej chwili w wypadku zaskoczenia nieprzyjaciela lub przez nieprzyjaciela.
W zachowanych wspomnieniach z bojowego szlaku 10 Pułku Ułanów Litewskich wyłania się prawdziwy, oddający atmosferę tamtych dni, obraz walki kawalerii broniącej się przed niemieckimi kolumnami pancernymi. Oto, jak zapamiętał swoje spotkanie z czołgami 12 września 1939 r. w okolicy wsi Bieńki Nowe, dowódca 2 plutonu w szwadronie ckm, ppor. Zdzisław Budyń, który poprzedniego dnia zestrzelił niemiecki samolot zwiadowczy: Dobrze już po obiedzie wyskoczyły na nas czołgi niemieckie (...). Czołgi strzelały z ckm-ów. Skoczyliśmy na nogi. Najbliżej mnie było działko przeciwpancerne, do którego doskoczył por. Stanisław Zdanowicz [dowódca plutonu przeciwpancernego]. Przed atakiem czołgów leżeliśmy razem ze Zdanowiczem przy moim „szczęśliwym” ckm-ie na postawie obrony przeciwlotniczej (zestrzelił samolot). Obsługa działka była przy dziale. Oddała strzał, ale nietrafiony. Oddała drugi – nietrafiony. Przy trzecim strzale, prawie już na krok, czołg stanął. W tym czasie na prawo ukos ode mnie, szły 3 czołgi „na gazie” na działo, strzelając. Ryczałem ze swego miejsca „po łacinie” do obsługi, ale nie strzelali. Wreszcie strzał – czołg stoi. Pozostałe 2 czołgi „na gaz” i w bok (by zajechać?). Widzę, jak obsługa działka ucieka. Pozostaje sam jeden ułan przy dziale. Oddaje strzał – następny czołg stoi. Ostatni czołg rwie na działo, aż kurz idzie. Ułan sam ładuje działko, zarzuca ogon działka – strzał i stoi trzeci...! Jak ochłonąłem, stwierdzam, że mój celowniczy uł. Brejnakowski zmienił postawę ckm-u z obrony przeciwlotniczej na leżącą i wali całą serie w stojący czołg przed por. Zdanowiczem. Musiał zmienić postawę i rozpoczął strzelać, jak ja jeszcze obserwowałem w prawo na 3 czołgi. „Po łacinie” każę mu przestać strzelać i w tym samym języku przechodzę na Zdanowicza (on porucznik, a ja podporucznik) co myślę o takim strzelaniu, jak jego działka. Zdanowicz obraża się (przeprosiliśmy się dopiero w Serokomli). W prawo ode mnie, gdzie było działko przeciwpancerne, co zestrzeliło 3 czołgi, widzę, jak obsługa wraca do działka, jak ktoś tą obsługę ustawia w szereg i wali po pysku każdego, tylko łeb odskakuję. Był to st. uł. Kokot, który dnia tego został mianowany na kaprala, a z funkcji celowniczego na dowódcę działka + Krzyż Virtuti Militari. Jak już zupełnie ochłonąłem, widzę, że wieś pali się, ludzie uciekają, baby z poduszką, poniektóra z kurą pod pachą, a wszystko nie w tył, a na czołgi niemieckie. Jakoś na moim odcinku widzenia więcej czołgów nie wyszło (...). Na przeciwko szwadronu rtm. Mościckiego, który stał ode mnie (moje miejsce postoju obrony przeciwlotniczej) w prawo, stało 2 czołgi, ale zobaczyłem je dopiero wówczas, gdy rozstrzeliwałem. Różnie o tym dniu mówią. Jedni, że czołgów było 12 sztuk, że więcej, i że tylko tyle, ile zniszczyliśmy.
opis
opis ...
opis
opis
opis
opis
Polskie działka, o których wspomina ppor. Budyń były wówczas wspaniałą bronią wspierającą siłę kawalerii w walce z czołgami. Mowa tu o nowoczesnych armatach przeciwpancernych wz. 1936 kaliber 37 mm produkowanych na szwedzkiej licencji firmy Bofors. Lekkie, małe, łatwe do zamaskowania. W wersji kawaleryjskiej holowane przez trzykonny zaprzęg na kołach ogumionych z przodkiem na 80 sztuk amunicji. Cała obsługa działa przemieszczała się konno, a więc bardzo szybko i łatwo dokonywano przetoczenia i zmiany stanowiska ogniowego. Działko było śmiertelnie groźne dla najcięższych niemieckich czołgów. Jego pocisk wystrzelony z odległości 400-500 m mógł spenetrować pancerz o grubości 25 mm. Niestety w każdym pułku kawalerii sformowano tylko 1 pluton przeciwpancerny z 4 takimi działami. Oczywiście była to ilość niewystarczająca.
Nie wiemy dlaczego ppor. Budyń nie zapamiętał jeszcze jednego ułana, który pomagał kpr. Zygmuntowi Kokotowi obsługiwać działko. Mowa tu o st. uł. Mieczysławie Wołkońskim, który tak, jak jego kolega również został przedstawiony do odznaczenia krzyżem srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari V klasy oraz awansowany do stopnia kaprala. Wniosek odznaczeniowy zawierał następujący opis czynu bojowego: Dnia 12 września 1939 r. wraz z kpr. Kokotem, jako starszy ułan jego bezpośredni podkomendny współdziałał w zestrzeleniu z najbliższej odległości 3 (trzech) czołgów, przy czym ostatni czołg został zestrzelony z odkrytego stanowiska na polu, na odległość 100 m. dokąd we dwóch z kpr. Kokotem wyciągnęli armatkę, chcąc uzyskać lepsze stanowisko ogniowe. Swoja osobistą odwagą i dzielnością okazaną i w innych wypadkach kwalifikuje się do odznaczenia krzyżem Virtuti Militari.
Bodajże najbardziej wstrząsający wniosek o wyróżnienie najwyższym odznaczeniem państwowym za męstwo w walce dotyczył osoby kpr. Stefana Piekarkiego z tego samego plutonu przeciwpancernego, w którym czytamy: Dnia 2 października 1939 r. jako dowódca działka przeciwpancernego przydzielonego do 3 szwadronu w walkach o Serokomlę zajmował ze swym działkiem wysunięte stanowisko jedynie umożliwiające użycie działka, a wykluczające możność wycofania się, z czego zdawał sobie sprawę wybierając stanowisko. Pomimo silnego ognia broni maszynowej skierowanego na działko, wytrwał na stanowisku, zestrzeliwując kilka aut transportowych nieprzyjaciela, ponosząc ostatecznie śmierć na miejscu. Wyciągnięte nocą działko okazało się postrzelone jak sito.
We wrześniu 1939 r. nasi ułani mieli jeszcze inną broń za pomocą, której mogli zadawać niemieckim czołgom, pojazdom opancerzonym bardzo poważne straty. Był to karabin przeciwpancerny wz. 1935 polskiej produkcji o zwykłym kalibrze 7,92 mm. Dla zachowania tajemnicy konstrukcji nosił oznaczenia „Kb UR”, co miało sugerować broń przeznaczoną na eksport do Urugwaju. Produkcja tego karabinu była w najwyższym stopniu utajniona aż do momentu mobilizacji. Jego obsługa nie różniła się niczym od obsługi zwykłego karabinu. Dzięki czemu strzelca wyborowego można było przeszkolić w ciągu kilkunastu minut. Była to lekka, poręczna i bardzo skuteczna broń. Niestety na jednostkę kawalerii taką, jak 10 Pułk Ułanów przypadało wg. etatu zaledwie 16 egzemplarzy tego karabinu. W warunkach bojowych pocisk wystrzelony z tej broni mógł zwalczyć pancerz grubości 40 mm już pod 60-stopniowym kątem. W taki pancerz były wyposażone tylko czołgi Panzer III i IV, których Niemcy wówczas mieli niewiele. Pomimo, że strzelcy używali tej broni z bliskiej odległości, nie widzieli efektu ostrzału. Pocisk wybijał w pancerzu walcowaty korek, który ranił załogę odbijając się od ścian pojazdu w jego wnętrzu. Często pojazd, który otrzymał kilkanaście przestrzelin przemieszczał się do momentu napotkania przeszkody terenowej uniemożliwiającej dalszą jazdę, gdyż jego załoga dawno już nie żyła.
Żołnierze darzyli dużym zaufanie swoje karabiny przeciwpancerne. Oficerowie pododdziałów w czasie działań wojennych zwracali na nich szczególną uwagę, trzymając ich blisko siebie. Dowódca 3 plutonu w 1 szwadronie pułku, ppor. Bohdan Urbanowicz również wspomina dzień 12 września 1939 r: Czołgi ostrzeliwują kręcąc się dookoła wsi (Bieńki). Stwierdzam brak rusznicy (karabinu) przeciwpancernego i jej strzelca st. uł. Choińskiego (pochodził z powiatu Wysokie Mazowieckie). Z dwoma ułanami idę go szukać. Z odległości 500 m widzę nieruchomy czołg niemiecki. Ranny czołgista niemiecki oparty o czołg. Zabieramy go na karabinach. Po drodze natrafiamy na martwego st. uł. Choińskiego z rusznicą. Poszedł zapolować na czołg, unieruchomił go, ranił kierowcę. Pozostała załoga uciekając zastrzeliła go. Strzelec wyborowy uł. Wacław Choiński został przedstawiony pośmiertnie do odznaczenia Krzyżem Walecznych.
W czasie działań wojennych dowódca 10 Pułku Ułanów płk Kazimierz Busler wykorzystywał każdą okazje, aby żołnierze mogli przekonać się o skuteczności swojej broni przeciw czołgom. W tej sprawie oddajmy raz jeszcze głos ppor. Budyniowi, który po odrzuceniu niemieckiej kolumny pancernej przez pułk otrzymał kolejne zadanie: Po moim meldunku dowódcy pułku, przedstawiłem się rtm. Berdowskiemu. Siedzieli wówczas w izbie chłopskiej: dowódca pułku, mjr Fedorowicz (kwatermistrz), rtm. Berdowski dowódca szwadronu gospodarczego, rtm. Jackowski adiutant. Byli po jakimś posiłku, jeśli nie mylę się. Dopiero wówczas w chacie dowiedziałem się, że st. uł. Kokot, to był ten, który ustrzelił sobie 3 czołgi, że por. Chamski jest ranny. Ranę otrzymał jak oglądał zniszczone czołgi. W obecności ww. oficerów otrzymałem rozkaz od dowódcy pułku, wziąć działko Zdanowicza (to, które nie mogło trafić) z amunicją, wziąć karabin przeciwpancerny, ckm i nie robić żadnych ceregieli z Niemcami, tylko jeszcze raz, jak ja to nazywam, „rozstrzelać czołgi”. To wszystko za to, że jako ranni, strzelają do nas. Mam też mu zameldować przebijalność pancerza. Ludzi mam wziąć od działka Kokota, aby ich przyzwyczaić do strzałów? – przebywania na przedpolu? (...) Jak zebrało się całe towarzystwo (mój ckm, tzw. „szczęśliwy”) skład wyglądał następująco: szef szwadronu wachm. Karczewski, rusznikarz plut. Dębiński, jaszcz i zaprzęg kpr. Kokota, działko por. Zdanowicza (tak ja nazywam), obsługa działka kpr. Kokota, 1 karabin przeciwpancerny, nie pamiętam, który szwadron (strzelec wyborowy), ckm z uł. Brejnakowskim + obsługa, ale na piechotę. Z całym „towarzystwem” grupą wyszedłem na przedpole. Zbliżyliśmy się do pierwszego czołgu. Działko, ckm i karabin przeciwpancerny w odległości 50 m. Przygotowywali się do strzału. Ja z wachm. Karczewskim i plut. Dębińskim podeszliśmy do czołgu i kredą narysowaliśmy znaki, gdzie kto ma strzelać. Rozpoczęło strzelać działko. Pocisk poszedł w powietrze. Plut. Dębiński regulował przyrządy celownicze. Oddał strzał i nie trafił. Znowu regulacja przyrządów i ja wystrzeliłem. Trafiłem, ale nie tam, gdzie chciałem. Regulacja przyrządów celowniczych i strzela Kokot. Trafia w środek, ale znowu nie tam, gdzie celował. Od początku regulacja przyrządów celowniczych i strzela Kokot. Celował w swoją dziurę, a trafił w okolicy mego strzału. Dębiński orzeka, że przyrządy są kompletnie rozregulowane i można tylko zastąpić nowymi. Z kolei strzela karabin przeciwpancerny, celność doskonała. Strzela uł. Brejnakowski z ckm po 50 naboi przeciwpancernych. Pociski odbijają się od pancerza, jak groch od ściany.
(...) Oglądałem z całym „towarzystwem” skutki strzałów działka i karabinu przeciwpancernego. Jak „w masło” z tym, że działko wewnątrz czołgu, demolowało urządzenia. Jeszcze raz osobiście oddałem serię 50 naboi z ckm-u, ale rezultat żaden. Chcieliśmy wymontować ckm sprzężony z czołgu, nikt nie potrafił tego zrobić. Zostawiłem Karczewskiego i Dębińskiego przy czołgu do wymontowania ckm-ów i zabrania wszystkich dokumentów od zabitych Niemców dla dowódcy pułku. Dokumenty zabrali, ckm-ów nie! Znaleźli na rękach zabitych bransoletki w kształcie wężów. Wiek zabitych z dokumentów osób, lat 21. Później, ale jeszcze w Polsce, dowiedziałem się, że to była Legia Kondora z wojny hiszpańskiej. W ten sposób rozstrzelałem wszystkie czołgi, z tym, że działko podjeżdżało na 5 m i waliliśmy po lufie z Kokotem. Do środka już jednak nie zaglądaliśmy. Karabin przeciwpancerny strzelał do baku z benzyną i powodował zapalenie benzyny. Przy jednym czołgu, zabrakło amunicji do działka. Z jaszcza wyciągnęliśmy nową skrzynkę. Po otwarciu okazało się, że była to amunicja do działka przeciwlotniczego kaliber 40 mm., a więc do naszego działka kaliber 36 mm. nie nadawała się. Na szczęście następna skrzynka była dobra! Dębiński i Karczewski, prócz dokumentów osobistych zabrali cały zapas amunicji niemieckiej. Były to naboje tylko zapalające. Bardzo nam się później ten zapas przydał.
Po powrocie na kwatery, już o zmroku, zameldowałem się u dowódcy pułku z wynikami. Natychmiast ppłk Busler dał rozkaz sprawdzić całą amunicję działek przeciwpancernych. Wielkie szczęście, gdyż zaledwie kilka skrzynek było z amunicją 40 mm. Dalsze losy tej amunicji nieznane! Po drodze do dowódcy pułku (z przedpola) jeszcze raz gratulowałem Kokotowi kaprala i Krzyża Virtuti Militari. Kokot był bardzo sprytny chłopak. Wzrostu małego, ale krępy. Inteligentny, wesoły itp. Powiedziałem mu, że powinien zostać podoficerem zawodowym.
10 Pułk Ułanów zakończył swój szlak bojowy dopiero 6 października 1939 r. po bitwie pod Kockiem. Tam też, w okolicach Lasu Gułowskiego okazało się, że w ciągu całej kampanii zachował swój pełny stan uzbrojenia w broni maszynowej i przeciwpancernej. Wykazano nawet nadwyżki w karabinach przeciwpancernych i rkm-ach. Po otrzymaniu rozkazu kapitulacji dowódca pułku wydał rozkaz całość tego uzbrojenia zakopać. Rozkaz wykonano bezwzględnie.
W istocie kawaleria nie okazała się anachronizmem, a najbardziej skutecznym środkiem wytrącania niemieckiej machiny wojennej z równowagi. W późniejszych etapach kampanii jednostki te potrafiły skuteczniej wymykać się przeciwnikowi, niż piechota o wiele bardziej znużona marszami odwrotowymi. Przypomnijmy, że w samym tylko plutonie armatek przeciwpancernych 10 Pułku Ułanów Litewskich przedstawiono do odznaczenia Orderem Virtuti Militari, aż 3 żołnierzy z ogólnej liczby 19 wniosków na cały pułk. Kpr. Stefana Piekarkiego odznaczono pośmiertnie. Pozostali ułani, kpr. Zygmunt Kokot i kpr. Mieczysław Wołkoński nigdy nie otrzymali swoich orderów, mimo, że ich nadzwyczajna inicjatywa bojowa została doceniona przez dowódców. Wszyscy również zostali przedstawieni dwukrotnie do Krzyża Walecznych. Po wojnie ich procesy odznaczeniowe nie zostały doprowadzone do końca. Stały się symbolem walk wrześniowym. Symbol ten do końca lat 80-tych ubiegłego stulecia konsekwentnie niszczono i zniesławiano.
Komentarze
Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Narodowe Archiwum Cyfrowe