Nawigacja
Konna Grupa Rekonstrukcji Historycznych "KRESY" (K-GRH KRESY)
Strona Główna
O nas
Szwadron Korpusu Ochrony Pogranicza "Olkieniki"
4 Pułk Strzelców Konnych Księstwa Warszawskiego
Forum
Linki
Kontakt
Szukaj

10 Pułk Ułanów Litewskich (10 PUL)
Historia
Sztandar
Barwy pułku
Odznaka pułkowa
Marsz pułkowy
Święto Pułkowe
Galeria
Źródła i materiały historyczne
Teki Andrzeja Siegieńczuka
Współczesne tradycje pułkowe
Anegdoty
Żurawiejki

Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 134
Najnowszy użytkownik: ewa
Anegdoty
Pierwszy dowódca pułku

Bardzo barwną postacią był dowódca pułku - pułkownik Władysław Obuch-Woszczatyński. Był pierwszym dowódcą 10 Pułku Ułanów Litewskich (10 PUL) od 1919 do 1922 roku. Ukończył akademię w Carskim Siole, wykładał artylerię i kawalerię w Szkole Junkrów w Moskwie. Mieszkał tam do I wojny światowej. W czasie wojny dowodził pułkiem Inguszskim Dzikiej Dywizji, którą to dywizją dowodził brat cara. Z chwilą, gdy zaczęło się formować wojsko polskie przeszedł do korpusu Dowbór-Muśnickiego. Był lubiany jako dowódca, kaukascy górale, którymi dowodził cenili go, trudno było im się rozstać z dowódcą. Jeden z nich poszedł za Obuchem aż do Polski, służył przy pułkowniku jako ordynans. Płk Obuch, jak inni oficerowie Dowbór-Muśnickiego, brał udział w Powstaniu Wielkopolskim. Porównywano jego osobę z panem Zagłobą. Nie stronił od alkoholu i był autorem wielu wesołych dowcipów. Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Białegostoku (17 września 1939 roku) został aresztowany i wywieziony. Wszelki ślad po nim zaginął.

W 1920 roku pułkownik złamał rozkaz Piłsudskiego i poszedł w pościg za uciekającymi bolszewikami aż do Dniepru. Dało to powód powstania jednej z żurawiejek:

"A rozkazów kto nie słucha,
to dziesiąty pułk Obucha."

Za brak subordynacji został zamknięty w X Pawilonie na Pawiaku. Fantazja ta udzielała się również jego oficerom, co wcale mu nie przeszkadzało.

Koszary pułku położone były w lesie około 3 km od miasta. Droga z koszar do miasta prowadziła przez park zwany Zwierzyniec oraz przed dzielnicę willową, zamieszkaną przez najzamożniejszych w mieście przemysłowców żydowskich. W okresie letnim ich żony i córki lubiły wylegiwać się w cieniu drzew, na przymocowanych do nich i rozciągniętych tuż nad ziemią hamakach.

Ponieważ od strony drogi wille nie były ogrodzone, oficerowie wracając z ćwiczeń, przejeżdżając obok rozpostartych hamaków, mieli niedobry zwyczaj przeskakiwania konno przez te nietypowe przeszkody. Uprawianie tego sportu przez oficerów, wywoływała niesłychany rejwach, piski i krzyki wylegujących się (być może, że i śpiących) w hamakach Żydówek, przerażonych emocjami, które przeżyły.

Naturalnie, te popisy konne kończyły się skargami, które wciąż napływały do kolejnych dowódców pułku. Okazali się oni jednak bardziej pobłażliwi dla fantazji kawaleryjskiej, niż Żydzi oburzeni z takiego zachowania oficerów.


Zaprzyjaźniony z rodziną Radziwiłłów, (płk Obuch) bywał w Nieświeżu częstym gościem. W okresie, gdy oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza nie zdążyły jeszcze szczelnie osłonić naszej wschodniej granicy od grasujących band bolszewickich, płk Obuch-Woszczatyński goszcząc u Radziwiłłów, sfingował napad bandy na zamek nieświeski. Domownicy i goście księcia zostali w nocy nagle obudzeni strzałami z zewnątrz i okrzykami hurra! Napad ten płk Obuch-Woszczatyński upozorował przy pomocy zmobilizowanej części służby.

Zaniepokojonych strzałami domowników i gości pułkownik jednak szybko uspokoił i pocieszył słowami: atak odparliśmy!
Cyt. za.: Wspomnienia o odrębnościach zwyczajach i obyczajach kawaleryjskich II Rzeczypospolitej, oprac. St. Radomyski, Pruszków 1994, s. 106.


Relacja podporucznika Andrzeja Waleriana Węcławowicza

Sytuacja umundurowania w pierwszej fazie organizacyjnej 10 PUL, którą ppor. Węcławowicz dowódca plutonu w szwadronie zbiorowym w 1919 roku określił w następujący sposób: Ochotnicy przyjeżdżali przeważnie we wszelkiego rodzaju mundurach: niemieckich, austriackich, rosyjskich i pół cywilnych. Dla przykładu podaję, że mój pluton w szwadronie zbiorowym, a więc już niby lepiej wyposażonym, wygladął pod względem umundurowania wprost operetkowo: ułanki austriackie, frencze, mundury niemieckiej piechoty, szynele rosyjskie, płaszcze niemieckie. Czapki najrozmaitsze, kilka czapek okrągłych ułańskich z amarantowymi otokami, był nawet jeden, w olbrzymiej papasze kałkaskiej z brązowego baranka. Ale wszyscy byli ciepło ubrani, bo było to w lutym.
Cyt. za.: A. J. Dąbrowski, Historia 10 Pułku Ułanów Litewskich, Londyn 1982, s. 38.


Wspomnienia wachmistrza Maksymiliana Zarzyckiego
podoficera szkoleniowego i rachunkowego 10 PUL w latach 1918-1935

Wachmistrz Husein Danagujew był Czerkiesem z Dagestanu. Służył jako wachmistrz w carskiej Dzikiej Dywizji. Do Polski przywędrował razem z Witosławem Porczyńskim, późniejszym pułkownikiem i dowódca 10 PUL. Przeszedł cały szlak bojowy wraz z 10 PUL. Był na żołdzie podoficera nadterminowego. Bardzo barwna postać. Stale nosił strój górala czerkieskiego, na głowie miał papachę. Rogatywkę nakładał tylko wówczas, kiedy padał deszcz, żeby nie zniszczyć swojej czapy. Wszyscy w pułku mieli go za dziwaka, ale lubili go. W swojej ojczyźnie zostawił żonę, miał dwóch synów, oficerów carskiej armii. Jeden z nich zginął w czasie pierwszej wojny światowej, a drugi ranny stracił obie nogi.
Razu pewnego na froncie podczas postoju we wsi, zdarzyła się taka historia z Huseinem.
Husein siedzi pod płotem chłopskiego podwórka i ostrzy swój kindżał. Koledzy z pułku pytają po co, i dowiedzieli się, że to na chłopa, którego za chwilę Husein zarżnie.
-Za co? -pytają przerażeni koledzy.
Okazało się, że Husein powiesił na płocie chłopa rewolwer, a ten głupi chłop zamiast pilnować broni, ukradł ją. Straci życie i koniec!
Dowódca natychmiast ogłosił zbiórkę, bo wiedział, że z Czerkiesem nie ma żartów.Znalazły się trzy rewolwery kolegów z pułku. Podsunięto je Huseinowi, jako te, które znaleziono u chłopa. Husein obejrzał wszystkie, ale powiedział, że żaden nie jest jego. Znów życie chłopa zawisło na włosku. Dowódca prosił Czerkiesa tak bardzo, że ten się ulitował, wybrał najlepszy rewolwer z ofiarowanych i wszyscy mogli odsapnąć. Najbardziej jednak Bogu ducha winny chłop.

Husein Danagujew na stare lata chciał wrócić do ojczyzny, na Kaukaz, ale na granicy kazano mu zwrócić broń.
Jak to on dżygit ma wrócić do domu po wojnie bez broni! Nigdy! Wzięliby go za tchórza i człowieka bez honoru. Został, więc w Polsce do śmierci. W 10 PUL był do początku lat trzydziestych. Potem zamieszkał w majątku kolegi z wojska, księcia Radziwiłła w Nieświeżu.


Chorąży Tadeusz Biedrzycki był w pułku od chwili powstania. Za cara służył razem z Budionnym. Był wspaniałym ujeżdżaczem koni, ceniony i lubiany przez żołnierzy. Był kawalerem i miał uwielbienie do dosadnych, wojskowych dowcipów, przy tym klął jak szewc, dlatego też żony oficerów pułku unikały go. We wrześniu 1939 roku wyszedł ze 110 pułkiem rezerwowym.

Po walkach wrześniowych wrócił do Białegostoku, tu już czekało na niego NKWD, został aresztowany. W więzieniu dowiedział się, że w Białymstoku przebywa Budionny. Kategorycznie zażądał widzenia z nim. Żądanie zostało spełnione, a widzenie przerodziło się w spotkanie dwóch towarzyszy broni. Po tym fakcie Biedrzycki został wypuszczony na wolność i był nietykalny do końca okupacji sowieckiej.
Dalszy los chorążego Biedrzyckiego nie jest nam znany.
Z. J. Zarzycki, Wspomnienia wach. Maksymiliana Zarzyckiego.


Z pamiętnika podporucznika Zbigniewa Budynia,
zmobilizowanego we wrześniu 1939 roku do 10 PUL

Był w plutonie ppor. Z. Budynia ułan Boruch Teperman, nazywany żydowskim paragrafem. Miał duże kłopoty z jeżdżeniem konno, strzelaniem a nawet maszerowaniem, na pytanie, kto to jest Ignacy Mościcki, odpowiadał, że zastępca dowódcy sąsiedniego plutonu, czasami że dowódca brygady. Chciano go zwolnić z wojska, wysyłano na komisje do Grodna, ale wracał z potwierdzeniem kategorii „A”. Rozpacz! Ale już w Białowieży miał opinię w taborze, że był dzielny. Nie chciałem wierzyć. Przyszło „Toto” do mnie z jakimś pistoletem maszynowym z amunicją w karmioku. „Pytam go się: - Teperman! co ja z tobą zrobię? Odpowiada: - Nu, ja proszę, do mnie delikatnie, przez Boruch! Pytam go skąd ma pistolet. Od Niemca - odpowiada. Jak to? - pytam. Nu, na przód zastrzelił a potem odebrał... ” Podoficerowie w szwadronie twierdzą, że jest odważny. Poszedł na taczankę i jeździł z celowniczym przy ciężkim karabinie maszynowym.


Przypomniał się tego dnia wrześniowego 1939 roku Z. Budyniowi i luzak Białorusin Mikołaj Bureń z Dzisny. Chciał być ordynansem podporucznika, bo on Mikołaj i ja na drugie imię Mikołaj, to my powinniśmy być razem. Oddany sercem i duszą Przyjaciel. Nie mógł zrozumieć do końca służby w 10. p. uł. jak należy zwracać się do oficerów, ani też nie rozumiał wyrazu „wy”... Do końca służby zostało: Panie poruczniku! Woła ciebie... będziesz jeździł... mam ci osiodłać, podać itd... Ppłk Busler wzywał raz mnie na bilard. Przyleciał Bureń aż blady z wrażenia, że rozmawiał z dowódcą pułku. Kazałem mu zameldować, że zaraz przyjdę. Bureń poleciał i zameldował: - Panie pułkowniku! Pan porucznik kazał ci zameldować, że zaraz do ciebie przyjdzie. Dostał 14 dni ścisłego z miejsca. Ale po wyjaśnieniu dowódca karę zawiesił, śmiechu była kupa. Poszedł Bureń do 4. p. uł. Zaniemeńskich na „mob” (mobilizację). Korespondowaliśmy ze sobą przez cały czas jego pobytu w rezerwie.
A. Cz. Dobroński, Przypadki podporucznika, „Kurier Poranny Magazyn”, 2006, nr 174, s. 19.

Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Narodowe Archiwum Cyfrowe